Zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale w minionej dekadzie aż 32 angielskie kluby miały problemy finansowe. Czy coś złego dzieje się w świecie piłki nożnej? Okazuje się, że kluby coraz częściej jadą na debecie.
Porażające statystyki dotyczące sytuacji finansowej klubów piłkarskich zaprezentował brytyjski serwis trophystore.co.uk. Jak się okazuje minione dziesięciolecie zaowocowało łącznie 44 przypadkami finansowych tarapatów. Przyczyna jest prosta kluby wydają znacznie więcej niż wynosi ich przychód. Jeśli dodamy do tego niezrealizowane przedsezonowe założenia, które miały zaowocować dodatkowymi zastrzykami gotówki (za ligę, za puchar, za rozgrywki międzynarodowe) otrzymamy finansowe bagno, z którego nie tak prosto się wydostać. Długi klubów piłkarskich (jak z resztą każde długi) to nie przelewki.
Liga angielska, nazwana żartobliwie ligą długów, wypada pod tym względem nieszczególnie. Spójrzcie tylko jak wyglądają budżety Chelsea czy ManU. Panowie muszą mieć zatem ogromną motywację (czyżby miała ona jakiś związek z niedawnym pokonanie Barcy przez The Blues?), bo ich przychody właściwie wpisują się w wydatki na pensje, a debet rośnie. W przypadku Chelsea aż 82 proc. przychodów musi iść na wynagrodzenia dla piłkarzy. Tymczasem całkowity dług to 3,5-krotność kwoty, którą zarabiają.
Jak natomiast kluby zarabiają? Wbrew pozorom nie są to pieniądze od sponsorów (przynajmniej w Anglii). Ponad połowa przychodów pochodzi z telewizji i opłat za możliwość transmisji spotkań. Na drugim miejscu znajdują się zyski z biletów na mecze, a dopiero za nimi sponsorzy. Nie zapominajmy też o ogromnych sumach, które pompują w swoje kluby zagraniczni właściciele (z czym raczej nie mają większego problemu).
Poraża też wykres wykazujący wzrost wynagrodzenia dla kopaczy. W przypadku Premier League średnia tygodniówka to ponad 22 tys. funtów. Pozostałe angielskie dywizje aż tak nie szaleją, choć również daje się zauważyć pewien umiarkowany wzrost pod tym względem.
Dalej już bez niespodzianek. Najlepiej zarabiającymi piłkarzami pozostają Beckham, Ronaldo i Messi. Przy czym w przypadku pierwszego z nich znaczną większość zarobków stanowią przychody inne niż pensja. Pod tym względem bryluje Cristiano Ronaldo. W czołówce znalazły się też stare gwiazdy, jak Ronaldinho czy Thierry Henry.
A co z budżetami klubów? Chyba już się domyślacie. Tutaj układ sił jest podzielony między Barcelonę i Real z lekką korzyścią dla tego drugiego. Potem jest długo, długo nic i dopiero podium zamyka Manchester United.
Najwidoczniej kryzys finansowy w Europie daje się też we znaki angielskim (a z pewnością nie tylko) klubom. Sponsorzy oszczędzają gdzie mogą, a wydatki klubów się nie zmniejszają. W przypadku Premier League dziwi to tym bardziej, gdyż w ostatnich siedmiu latach to właśnie angielskie kluby można było zobaczyć najczęściej w finale Ligi Mistrzów. Wyjątkiem był jedynie rok 2010, gdy zagrały ze sobą Inter i Bayern. Może zatem najwyższy czas by pomyśleć o oszczędnościach?



