Wszyscy fani futbolu w Polsce dmuchali i chuchali na zdrowie Szczęsnego i dortmundzkiej trójki. Reszta jest do zastąpienia – tak powszechnie uważano. Gdy wczoraj okazało się, że z powodu kontuzji na Euro może nie zagrać Jakub Wawrzyniak, natychmiast podniesiono larum, że on także jest niezastąpiony.
Oczywiście, dyrektor piłkarskiej reprezentacji Polski ds. kontaktów z mediami, Tomasz Rząsa, szybko zdementował pogłoskę, że Wawrzyniak na Euro nie wystąpi, ale dwie godziny dzielące oba oświadczenia wywołały falę paniki w sieci. Nikt nie nazwie Wawrzyniaka gwiazdą Reprezentacji Polski, ale w ostatnim czasie niezaprzeczalnie stał się jej podstawowym zawodnikiem. Głównie dlatego, że nie miał żadnej konkurencji. Lewych obrońców mamy bowiem jak na lekarstwo. Legionista zaś osiągnął w tym sezonie stabilną dyspozycję, jest ograny. Sprawdził swoje siły na froncie polskim i międzynarodowym. Dlatego Smuda nie miał wątpliwości, by okazać mu zaufanie. Ale też ponownie powraca pytanie – kto miałby go ewentualnie zastąpić?
Zawodnikiem o którego dopominały się niektóre media i część kibiców, był Mariusz Magiera. Niezwykle aktywny pod bramką przeciwnika i skuteczny w defensywie zawodnik osiągnął życiową formę w minionym sezonie Ekstraklasy. Nasz selekcjoner pozostał jednak niewzruszony na piłkarskie wdzięki gracza Górnika Zabrze. Podobnie stało się w przypadku Tomasza Lisowskiego z Korony Kielce. Zamiast jednak przypatrywać się tym, którzy szansy nie otrzymali, warto pochylić się nad aktualnymi reprezentantami.
Smuda stwierdził wyraźnie, że jego numerem dwa (z szansą na bycie ‘number one’) jest niedawny rehabilitant Sebastian Boenisch. Blisko pół roku temu, niedługo po wznowieniu treningów z pełnym obciążeniem, dostał szansę przypomnienia się wszystkim w meczu Polski z Portugalią. Jego spowolnione ruchy i opóźnione reakcje przypominały jednak bardziej szamotaninę zwierzęcia uwięzionego w błocie niż prawdziwy futbol. Był usprawiedliwiony, bo dwa lata w piłkę po prostu nie kopał. Dostał zatem wyraźny sygnał, że jest potrzebny, a pół roku dzielące go od Euro miał przeznaczyć na solidne przygotowanie do tego turnieju. Boenisch grał zatem w rezerwach Werderu, stawiał się na kontrolach u lekarza kadry i wracał do Niemiec harować na treningach. Pod koniec sezonu w Bundeslidze ocierał się nawet o pierwszy skład bremeńskiej drużyny. W końcu, w meczu z Łotwą sprzed dwóch dni, mieliśmy wreszcie zobaczyć innego Sebastiana. W praktyce owszem, prezentował się znacznie lepiej, ale ciągle przeciętnie i mało pewnie.
Chciałoby się powiedzieć, że „to by było na tyle”. Innych nominalnych obrońców do kadry Smuda nie powołał, opierając się na wyeksploatowanym w sezonie Wawrzyniaku i zupełnie nieogranym Boenishu. Ale przecież są wśród powołanych 26 zawodnicy, którzy na pozycji lewego obrońcy grają stosunkowo często. Pierwszym z nich jest Dariusz Dudka, 29-letni zawodnik, który balansując między pierwszym a drugim składem kadry, stał się jednym z najbardziej doświadczonych zawodników Reprezentacji Polski. W klubie grał nieźle, chociaż z AJ Auxerre pożegnał się z Ligue 1. Przy całej swojej niechęci do tego zawodnika chciałbym na przekór stwierdzić, że warto na niego postawić. Ale chyba nie warto. Dudka jest zbyt wolny na bocznego obrońcę, chimeryczny, niedokładny i skory do kuriozalnych kółek wokół własnej osi.
Ostatnim zawodnikiem, który rozegrał trochę meczów na lewej stronie defensywy, jest Marcin Kamiński. Trudno na szybko napisać o nim coś więcej niż „młody zdolny” bo w świadomości kibiców mniej zorientowanych pojawił się dopiero w minionym sezonie. Trudno się oszukiwać – to stoper, w dodatku mało doświadczony i w sumie nie wiadomo co byłby w stanie pokazać na lewej stronie defensywy. Grzegorzowi Lato marzy się, by młodzian stał się odkryciem na miarę Władysława Żmudy w 1974 roku. Na chwilę obecną obrońca Lecha Poznań może dzięki tym zawirowaniom i wszechstronności przeskoczyć jedynie Tomasza Jodłowca w rankingu selekcjonera. Ostatecznie wydaje mi się, że zbyt wiele wątpliwości może budzić każda z podanych przeze mnie kandydatur do (ewentualnego) zastąpienia gracza Legii Warszawa. Niech Wawrzyniak szybko dochodzi do siebie, bo pewne jest jedno: zdrowa konkurencja (dosłownie i w przenośni) nikomu nie zaszkodzi.



