Przegrali wszystko co się dało

Mówi się, że najważniejszym meczem sezonu, na podstawie którego wszyscy będą Cię oceniać, jest ten ostatni. Trudno się z tym nie zgodzić. Bayern Monachium miał trzy ostatnie mecze. I wszystkie przegrał.

Nie znaczy to wcale, że Bayern jest słaby, nie potrafi grać w piłkę i ograją go pierwsi lepsi podwórkowi kopacze. Można też nazwać niedoszłych mistrzów Niemiec frajerami, jak to uczynił Jakub Radomski z NaTemat.pl. Nie popadajmy jednak w skrajności. Mówimy o tym Bayernie, który przebrnął przez fazę grupową i pucharową turnieju. Tym samym Bayernie, który powstrzymał typowany na tegorocznego zwycięzcę Real Madryt. To chyba o czymś świadczy, nieprawdaż?

Ale co z tego, skoro po sobotnim spotkaniu sportowe media będą na lewo i prawo trąbić o wielkich przegranych Europy. Liczy się ostatni mecz i z niego każdy Cię rozliczy, Panie Heynckes. A pod tym względem Bawarczycy nie zachwycają. Co z tego, że stwarzali sytuacje, skoro przez przytłaczającą większość meczu piłka nie mogła znaleźć drogi do bramki Petra Čecha. I nie mówię tutaj tylko o fantastycznej postawie czeskiego golkipera, ale o murze obrońców Chelsea. Murze, który okazał się klątwą wielkiej Barcelony.
Liga mistrzów na boisku

CC fot. El Ronzo

Na klęskę Bayernu złożyło się kilka czynników. Przede wszystkim zawiodły najsilniejsze skrzydła Europy. Ani Robben, ani Ribery nie potrafili skutecznie wypracować sytuacji bramkowej (choć obaj mieli wspaniałe okazje, by odmienić losy tego spotkania). Natomiast wszystkie piłki, które trafiały do Gomeza wędrowały wszędzie, byle nie w światło bramki. Zdawać by się mogło, że wysunięty napastnik Bayernu był tego wieczoru jeszcze bardziej drewniany niż zwykle (a co gorsza na ławce próżno szukać efektywnego zmiennika). I tak oglądaliśmy, bądź co bądź nudny spektakl aż do 83. minuty. Wtedy to fartowną główką popisał się Mueller i Niemcy byli na prostej drodze do wygranej. Jak się potem okazało nie do końca Jupp Heynckes najwidoczniej zbyt szybko poczuł smak wygranej, bo zdjął strzelca bramki i zapragnął w polu dodatkowego gracza defensywy (Van Buytena). To, co się stało potem, nie śniło się w najgorszych koszmarach jego i kibiców Bayernu. Najpierw wyrównanie Drogby, dogrywka i kilka minut później niewykorzystany karny Robbena. Na domiar złego z boiska zszedł kontuzjowany Franck Ribery.

Patrząc na liczbę sytuacji i ogólną grę obu drużyn, to Bayern zasługiwał na puchar. Zabrakło konsekwencji, skuteczności i (chyba najbardziej) szczęścia. Chelsea w pierwszej połowie właściwie nie istniała. Dominacja Bawarczyków zaczęła słabnąć dopiero jakieś 20 minut przed końcem drugiej. I te 20 minut przyzwoitej gry, a potem przełożenie formy na dogrywkę wystarczyły by doprowadzić do rzutów karnych i ostatecznie sięgnąć po puchar.

Rzuty karne to loteria, chyba, że ma się bramkarza takiej klasy jak Čech. Co najbardziej imponujące, wyczuł wszystkie (tak, wszystkie!) strzały rywali, rzucając się w odpowiedni róg bramki. Można chwalić Neuera za wspaniały pokaz umiejętności podczas karnych z Realem, ale w finale to nie on był bohaterem. Z resztą jakby spojrzeć na oba spotkania z Borussią, można odnieść wrażenie, że raczej nie są to najlepsze momenty w jego karierze (podobnie z resztą jak kilku innych czołowych kopaczy monachijskiej drużyny).

Czy piłkarze Bayernu odkupią swoje winy w barwach narodowych? Zbliża się kolejny wielki turniej, w którym wielu z nich będzie musiało pokazać, że forma z finału Ligi Mistrzów to tylko chwilowy dołek. Bez względu na to jednak wszelkie inwektywy pod adresem zespołu są nie na miejscu. Zagrali wspaniały sezon, którego nie zwieńczyli końcowymi tryumfami zajmując najgorsze jakie można sobie wyobrazić, drugie miejsca. Wierzę, że taki układ wydarzeń tylko zwiększy ich motywację w kolejnych rozgrywkach.