Portugalska pomyłka?

Roman Abramowicz nie ma ostatnio szczęścia do szkoleniowców jego londyńskiej Chelsea. Tym razem posada Andre Villasa Boasa zdaje się wisieć na włosku.

Kibice popularnych The Blues pamiętają z pewnością poprzedniego szkoleniowca z Portugalii – Jose Mourinho.

The Special One jest autorem największych sukcesów w historii Chelsea – dwukrotnego mistrzostwa Anglii, zdobycia Pucharu Anglii oraz dwukrotnego triumfu w rozgrywkach o Puchar Ligi Angielskiej (Carling Cup). Nigdy natomiast nie udało się londyńczykom zdobyć pucharu Ligi Mistrzów (dwukrotnie za czasów Mourinho docierali do półfinałów), co nadal chyba pozostaje najważniejszym piłkarskim marzeniem ekscentrycznego właściciela zespołu – Romana Abramowicza.

Jako że nic nie trwa wiecznie, to i era Mourinho musiała dobiec końca. Pechem Niebieskich jest to, że każdy kolejny szkoleniowiec nie mógł osiągnąć z zespołem tyle, ile udało się The Special Oneowi. Grant, Scolari, Ancelotti – wszyscy oni próbowali wziąć na siebie odpowiedzialność za wyniki The Blues i wszyscy musieli opuścić klub – żadnemu bowiem nie udało się usatysfakcjonować Abramowicza. Z nich wszystkich najlepiej radził sobie Ancelotti, który miał genialny pierwszy sezon, później było gorzej, więc Roman bez zastanowienia pokazał drzwi doświadczonemu Włochowi (ostatecznie nie ma on chyba czego żałować, bo w PSG raczej nie przymiera głodem). Rosyjski miliarder wyczerpał swoją cierpliwość i postanowił skorzystać ze sprawdzonych już wcześniej rozwiązań.

Jeśli człowiek, który stworzył wielkie FC Porto mógł być jednym z najlepszych szkoleniowców w historii Chelsea, to człowiek, który szedł podobną ścieżką wydawał się być idealnym kandydatem na stanowisko menedżera The Blues. Andre Villas Boas (zwany później Wijaszem Boaszem) zdobył ze Smokami mistrzostwo Portugalii (dystansując pozostałych rywali), w znakomitym stylu wygrał Ligę Europy (to samo uczynił wcześniej Mou z ekipą Porto), jego nazwisko coraz więcej znaczyło na rynku trenerskim, więc Abramowicz postanowił uprzedzić rywali i zakontraktować Portugalczyka. Fani piłkarzy ze Stamford Bridge mogli zacierać ręce, oczekując wyników podobnych do tych, które klub osiągał za czasów The Special One. Młody trener ze świeżym spojrzeniem na piłkę, zwolennik ofensywnego futbolu (zwanego również futbolem „na tak”) był w oczach rosyjskiego właściciela londyńczyków wybawcą jego zespołu. Kilka zmian kadrowych, zakontraktowanie Juana Maty, który miał dać Chelsea więcej polotu, powrót z wypożyczenia Daniela Sturridge’a, który miał zastąpić coraz starszych snajperów The Blues i sukces gotowy. Tak to przynajmniej wyglądało w domyśle. I o ile obaj zawodnicy nie zawiedli pokładanych w nich nadziei, to Wijasz Boasz nie stworzył takiego zespołu, jakiego każdy się spodziewał. Chelsea z drużyny znakomicie się broniącej stała się ekipą, której można bez trudu strzelić bramkę, defensorzy często zachowują się jak dzieci we mgle. Fernando Torres się nie odblokował, po starszych graczach coraz bardziej widać, że zbliżają się do wieku emerytalnego, nie są oni przykładem dla młodych, głodnych sukcesów. Ogólnie wyniki są słabe. Nie dziwi więc, że część fanów Niebieskich manifestuje swoje niezadowolenie i z coraz większą tęsknotą patrzy na to, co udaje się realizować Mourinho w Realu Madryt.

Kariera Wijasza Boasza w Chelsea nie rozwija się tak, jak spodziewano się od początku. Odpowiedzialność za pewne błędy spoczywa na władzach klubu, ale nie można całkowicie rozgrzeszać szkoleniowca. Oczywiście trudno jest jednoznacznie ocenić pracę człowieka, który swojej wizji nie miał jeszcze okazji wdrożyć w życie. Być może należy dać Portugalczykowi więcej czasu, ale specyfika piłki nożnej jest taka, że czasu na udowadnianie czegokolwiek zwykle brakuje, a oponenci od początku strugają pal. Niestety, ten dla Wijasza Boasza jest już niemal gotowy i niedługo może zostać wykorzystany. Taka jest nowoczesna piłka nożna.